W pustyni i w paszczy (z przewagą tej drugiej). Recenzja.


Zacznijmy od tego, ze w "W pustyni i w puszczy" w rezyserii W. Dzikiego powstało na fali ekranizacji dzieł naszej literatury szkolnej. To (jak i współudział Polsatu) może wyjaśnić żenujący poziom tej produkcji - zarówno w warstwie aktorskiej, jak i reżyserskiej. 
Ale zacznijmy od początku: Aktorzy. W filmie - co dość nieoczekiwane jak na polską produkcję - jako
jedna z lepszych ról objawia się aktorka dziecięca - młoda Sawka (chyba Kasia). Gra wyjątkowo przekonująco, co jak na polskie dzieci w filmie jest ewenementem na skalę całej historii naszego kina (i oczywiście nie jest to żadna aluzja do Wiedżmina). Niestety, Kasia Sawka to jedyna jaskółka, która
wiosny nie czyni. Biedny książkowy Staś jest totalnie zarżnięty przez grającego go Adam Fidusiewicza (gdzie mu do swojego poprzednika z poprzedniej filmowej wersji) ! Przez cały czas zachowuje się on i gra jak dzieciak, mimo iż w książce wyraźnie położono nacisk na jego dorastanie i stopniowe przekształcanie się w mężczyznę. Wypowiadane przez niego kwestie brzmią też jak na szkolenj akademii. Nie dziwię się Mahdiemu, że (w filmie) kazał Nel się opiekować Stasiem. Sienkiewicz przewraca się w grobie gdy w jednej z ostanich scen filmu (na pustyni) Fidusiewicz odzywa się tak
płaczliwym głosem, że dziwię się, iż któryś z towarzyszących mu Wa-hima (albo i sama Nel) nie skróciła mu męki strzałem ze sztucera. Sienkiewicz nie dożył także obserwowanego przeze mnie ze zdumieniem sposobu zwracania się Nel do Stasia. Ktos pamięta, z książki, owo "Stes", którego używała młoda Angielka ? No to niech się nie zdziwi, gdy usłyszy swojskie "Stasiek" !!!
Scena z wobo (w tej roli rachityczny i znudzony gepard, nie wiadomo czemu polujący nocą w dżungli, a nie w dzień na sawannie, ale nie czepiajmy się ...) to kolejny majstersztyk. Staś, który wcześniej wypuszcza z rąk sztucer, rzuca mu (temu wobu ?) w oczy "nie boję się ciebie" (w dodatku po murzyńsku), po czym groźny drapieżnik odchodzi (według mnie po prostu odwraca się z niesmakiem). Po mojemu to jest zabójstwo z premedytacją popełnione na postaci z książki.

Stosunkowo nieźle zagrali aktorzy utytułowani: Kowalewski i Żmijewski, natomiast zagraniczni generalnie się nie sprawdzają: zwłaszcza drugoplanowi Arabowie (Gebr który zamiast wysmagać Stasia, dość słabo się tylko odgraża, jakby zadowolony z tego, że powstrzymują go inni). To samo się tyczy Anglików, którzy sprawiają wrażenie jakby nie wiedzieli skąd się w Afryce wzięli i o co tu do diaska chodzi. W dodatku drugi z pary ojców, Rawilson, (nie pamiętam nazwiska aktora - ale można go zobaczyć w Klanie) sprawia wrażenie jakby nie za bardzo chciało mu się te dzieci ratować i szuka okazji do melancholijnej rezygnacji. I dlaczego, u diaska, on się cały czas zwraca do przyjaciela po nazwisku, per "Tarkowski" ??? Imienia zapomniał, czy ze zgryzoty mu się poplątało i bierze przyjaciela za swojego pracownika ? Chamidło nieokrzesane, mógł przynajmniej "Mister" dorzucić ...

Ale dość zarzutów do aktorów, szczerze muszę przyznać, że przypuszczam, że sporo skiepścić musiał sam reżyser, bo i reszta tego, co widzimy w filmie, woła o pomstę do nieba.

Po pierwsze i najważniejsze: political correctness, które zabija kino. Dobrze, że Sienkiewicz już nie żyje, bo dzięki temu już nie cierpi. Ja rozumiem, że z powodów niezależnych (choroba naszego geniusza reżyserki) ktoś z zewnątrz musiał dokończyć dziełko, ale gość chyba w ogóle książki nie
czytał. OK, rozumiem, nie podobało się, że książka, pisana w XIX w., miała kolonialno-anglocentryczne nastawienie, ale czy trzeba było od razu z Kalego i Mei robić filozofów, z Mahdiego - szlachetnego proroka, a ze Stasia - idiotę ? Równie niepokojącą jest wewnętrzna przemiana Chamisa, który okazuje
się być w sumie bohaterem pozytywnym, który na tyle jest bliski bohaterom (Stasiowi i Nel), że rozpaczając po jego śmierci zapominają zabrać wielbłądy, na których jechał wraz z Idrysem, Gebrhem i jeszcze jednym przydupasem. Chyba, że zer ... to jest zarżnęli ja na ofiarę.

Wątek ofiary przenosi nas na płaszczyznę rozważań religijnych. Tu również odkrywamy porozumienie ponad podziałami i ogólny correctness. Arabowie zajmują się walką narodowowyzwoleńczą (co mówi nawet sam stary Tarkowski), Mahdi jest w sumie fajnym gościem i naprawdę trudno zrozumieć Stasia, czemu tego islamu nie chce przyjąć. Aby tolerancja była jeszcze silniej zaznaczona, Kowalewski, grający zislamizowanego Greka (jak zwykle dobry, zwłaszcza jako aktor charakterystyczny) rzuca Stasiowi po jego dumnym wystąpieniu w obronie religii: Ty jesteś taki sam fanatyk jak oni. Staś
najwyraźniej to zrozumiał, bo ten dumny obrońca chrześcijaństwa jakieś pół godziny (filmu) później dziękuje słońcu (po murzyńsku, wraz z Kalim) za uratowanie Nel.

Skoro już zacząłem o Kalim ... Kali i Mea są w filmie parą "nie do wyjęcia".
Mea już nie będzie się cieszyć ze szklanych paciorków, ona jest teraz mądrym czarownikiem. Uzdrawia Nel grając na gwizdku (po cholerę potem im była chinina ?!), a potem ratuje podróżników siedzących na drzewie (z obawy przed lwem) tym samym gwizdkiem sprowadzając piorun. Nie wiadomo co prawda dlaczego piorun zamiast uderzyć w piękne, wysokie drzewo, wali w uschnięty
krzaczek jakieś 20 metrów obok, ale widać fizyka nie jest najmocniejszą stroną reżysera czy też scenarzysty. Kali natomiast traktuje Stasia jak dobrotliwy wujek, ucząc go mądrości ludowych i co chwila ośmieszając (co jest jeszcze bardziej drażniące dzięki żenującej postawie aktora grającego
białego "bwana kubwa"). Ojej, powiedziałem "białego" ? Strasznie przepraszam, w całym filmie nie pada słowo "czarny" albo "murzyn". Ciekawiło mnie tylko kiedy usłyszę "afroamerykanin" (!!!). Tego mi jenak oszczędzono, za to dotarłem do końca filmu. Kali tymczasem nauczał jak to rybki łowić (trzeba się przed rybką ukorzyć, poprosić ją o wejście do sieci, jak Staś tego nie rozumie ?), albo słusznie zauważał, że na pustyni trudno o drzwi. Jakie to głębokie!

Nie znęcajmy się jednak nad Kalim, gdy są lepsze "kwiatki". Resizeable elephant to najnowszy trick filmowy polskich producentów, o którym nie śniło się nawet Lucasowi. Prawdopodobnie jednak to pan Sawka, widząc tragiczny poziom obsługi wyraził zaniepokojenie bezpieczeństwem swojej córki, przez co w kolejnych ujęciach pojawiają się dwa różne słonie - jeden duży (na oko dwa razy wyższy od Stasia), na którym Nel jeździ i drugi (samica albo i dziecko), z którym rozmawia i który jest niższy od Stasia o głowę. ROZPACZ !!! Dzieci w kinie będą święcie przekonane, że słonie mają zmienne wymiary
albo że w chwili niebezpieczeństwa nadymają się wzorem żaby lub stroszą jak koty. Może przesadzam. I tak dobrze, że dla uproszczenia w którejś scenie zamiast słonia nie wykorzystano nosorożca.

To jednak jeszcze nic, drodzy państwo. Szczytem perwersji i gwałtu na rozpaczliwie kwilącej po kątach logice jest ostatnia scena na pustyni, gdy Staś próbuje zmusić umierającą z pragnienia karawanę. Strzela ze sztucera, ok, rozumiem. Tak też jest w książce, o ile pamiętam; tyle że w książce odpowiadają mu strzały wyprawy ratunkowej ich ojców. Tu ich (strzałów) nie ma, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Na tej pustyni zgiełk taki, że nie usłyszeli, czy co ? Prawie jak w starym kawale o Winnetou, który tak długo wystrzałami w powietrze informował wioskę o swoim przybyciu aż mu .... strzał w kołczanie zabrakło. Nie to jest jednak najlepsze ... okazuje się bowiem za chwilę, że karawana ratunkowa idzie sobie przez pustynię spokojnym krokiem PROWADZĄC KONIE ZA UZDY (nawet gdy widzą dzieci !!!). Na spacer się wybrali ?? Od oceanu te konie tak oszczędzają ? Kiedy im się przestało
spieszyć ?? A może te konie im niepotrzebne były ??!? To po cholerę je było ciągnąć ze sobą ??

Warto dodać, że w trosce o nasze polskie, niewinne dzieci zrezygnowano także z innych, niebezpiecznych dla ich młodych oczu i umysłów elementów: murzyńskie kobiety występują zawsze w gustownych stanikach (z worków jutowych), na ekranie nie pada też właściwie ani kropla krwi. Nawet gangrena Lindego jest tak dość hmmm ... estetyczna. Ja rozumiem, kino familijne, ale proponuję zobaczyć w co grają nasi milusińscy na swoich pecetach, aby przekonać się naocznie na co można sobie pozwolić.

Z innych, ważnych, acz nie wyjaśnionych pytań, które się nasuwają, a które można przypisać do zaledwie 2 scen, na pozostałe spuszczając miłosierną zasłonę milczenia:

1. dlaczego Staś, wiedząc o złym stanie zdrowia Nel (febra) i wiedząc o dymie z ogniska Lindego, wyrusza dopiero ciemną nocą ? I czemu o tym obozie dowiedział się dopiero dziś, skoro Linde był tam od co najmniej 2 tygodni ? Staś się nie rozglądał po okolicy ?

2. jakim cudem znalazł tego Lindego w nocy, skoro ten nie palił ogniska ? Po smrodzie gangreny doszedł ?

3. dlaczego Linde, skoro przez całe dni nie rusza się z łoża (jak pamiętamy unieruchomiła go gangrena) a ma stale świeżą wodę i paliwo do zasilania kociołka ?

4. ówże Linde - czemu nawet nie pyta skąd się Staś wziął (może idzie z karawaną, która ma chirurga) ? Mało brakowało, aby zapytał spokojnym i opanowanym głosem: "Doktor Living... eee .... Pan Tarkowski, jak sądzę ?"

5. Jakim cudem Lindem znajduje się w dżungli, skoro jego obóz dzieliło od obozu Stasia jakieś 20 kilometrów nieprzerwanie ciągnącej się sawanny ? Może ta dżungla w nocy wyrosła ?

6. Na co zmarł Linde tak nagle, skoro nawet nie widać po nim gorączki ? Odleżyn od tej gangreny dostał ? I skąd Staś wiedział jak Linde się nazywa, skoro ten się mu nie przedstawił ?

7. Dlaczego w ogóle Staś zamieszkał w baobabie ? Wygląda na to, że szli sobie na safari afrykańskie i po prostu drzewko im się spodobało, to sobie w nim zamieszkali. O porze deszczowej nic się w filmie nie wspomina, a o ojcach nikt nie pamięta. Ktoś, kto nie czytał książki, zaczyna się zastanawiać, czy cała ucieczka przed Mahdim nie jest rodzajem jakiejś podmiejskiej wycieczki.

8. Dlaczego słoń nie wydostał się sam z pułapki, mimo, iż skała, która rzekomo zagradzała wyjście była naprawdę rachityczna (oj Stasiu, Stasiu, wystarczyłaby dźwignia a nie zabawy w pirotechnika), a obok było widać wał skalny przez który można było spokojnie przejść (na oko, maksymalnie 1 m).
Podobno już ośmiornice są zdolne do manewru omijania, a od głowonogów ewolucja się trochę posunęła ...

Dobrze, zakończę już. Ciszej nad tą trumną. Pewnie się dziwicie, czemu nie wspomniałem o Sabie ? Powód jest prosty: tego psa praktycznie w filmie nie było. Nie zagryzł Araba, nie zwrócił ich uwagi na Stasia kradnącego amunicję, Kali był za mądry żeby przed nim na pysk padać. Nawet na pustyni,
padając (podobno) z wyczerpania, piec ma tak znudzoną mordę jak chyba tylko widzowie. Zupełnie nie wiadomo po co ten pies był Sienkiewiczowi potrzebny.

Reasumując: jeśli chodzi o logikę i reżyserkę, to film daje się porównać z typowym amerykańskim chłamem (disclaimer: filmy kinowe kręcone w USA są bardzo dobre, natomiast seriale telewizyjne to rzeczywiście chłam). Generalnie jakość scenariusza niewiele odbiega od Xeeny czy Herkulesa.
Niestety, nie idzie za tym jakość efektów specjalnych, jednej rzeczy która usprawiedliwia oglądanie tego typu produkcji. Innymi słowy: w trosce o równowagę emocjonalną rada brzmi: nie oglądać (chyba, że się cierpi na bezsenność).

Ale i tak widowisko lepsze od Wiedźmina.

Wojciech St. Moscibrodzki, 11 lipca 2002
Wszystkie prawa zastrzeżone. Publikowanie całości lub fragmentów niniejszego artykułu jest zabronione bez zgody właściciela.