Reign of Fire

(Irlandia,Wielka Brytania, 2002)
Akcja/Science-Fiction
czas 102 min., dozw. od 15 lat

Pomysł na scenariusz tyleż oryginalny, co karkołomny: zderzyć ze sobą mityczne smoki rodem z głębokiej fantasy z nowoczesnym do bólu światem współczesnym. Gdyby to dobrze wykonać, film mógłby być całkiem interesujący, ale - niestety - reżyser twardo postawił sobie zadanie, żeby wygenerować gniota. I w realizacji tego zamiaru odniósł pełen sukces.

Akcja filmu zaczyna się w momencie, gdy jak najbardziej współczesne wykopy pod Londynem przez przypadek odkrywają smocze legowisko. To, że mieści się ono pod ruchliwymi ulicami naszego potwora nie obudziło, ale mała latarka w ręku przedwcześnie dojrzałego chłopca potrafi zdziałać cuda ... Ale nie przejmujmy się drobnymi kamykami rzucanymi w stronę logiki, potem będzie jeszcze weselej - a jakikolwiek racjonalizm zostanie w trakcie tego filmu ukamienowany niczym John Cleese w "Żywocie Briana".

Nasz smok, błyskawicznie się przebudził i wyfrunął z przytulnego, podziemnego gniazdka, prosto w centrum miasta. Oczywiście, jako znany twardziel nie oślepł od razu wzorem Łyska z pokładu Idy (ktoś jeszcze pamięta takie lektury?), tylko wzbił się prosto w niebo i przystąpił do rzezi niewinnych ludzi. Rzeź ta musiała być tak okrutna, że ją z filmu wycięto, skutkiem czego dostajemy od razu montażową przebitkę na lata późniejsze. Lekko zszokowany przekonałem się, że w tej pionierskiej, reżyserskiej wizji smoki błyskawicznie powiększyły swą liczbę (z pewnym wysiłkiem odepchnąłem od siebie natrętną wizję gadów rozmnażających się jak króliki ...) i zdusiły prawie całkowicie cała, wypracowywaną od tysięcy lat cywilizację człowieka. W rezultacie otrzymaliśmy oczywiście postapokaliptyczny świat, ludzi ukrywających się w jakichś dziurach i generalnie brakowało tylko Terminatora do kompletu. A, prawda, w tej roli gościnnie wystąpiły smoki ... Przy okazji wyjaśniło się, czemu wyginęły dinozaury - otóż, żarłoczne i lęgnące się błyskawicą (jak króliki) smoki wypchnęły je ewolucyjnie w niebyt, a wszystkie te meteoryty to tania propaganda, dym w oczy i woda na młyn odwetowców z Bonn. Ja nie zmyślam - tak w tym filmie ktoś wykoncypował.

Główny bohater w czasie wzmiankowanej wyżej rzezi dorósł i stał się chłopcem na schwał. Obecnie pomieszkuje wraz z gromadką tłumu wieśniaków a lokum jego stanowią jakieś ni to ruiny, ni to własnoręcznie skonstruowany w pocie czoła swoich rąk fort (bezczelnie skopiowany z Mad Maxa). Żeby było łzawiej, są też oczywiście p.o. mięsa armatniego kobiety i dzieci, które z oczywistych względów w późniejszej części filmu zostaną przetrzebione, coby było jeszcze straszniej, a nasz dramatyczny heros mógł się jeszcze mocniej zawziąć w sobie i tych smoków to już naprawdę strasznie nie lubić.

Do znudzenia schematyczny jest także drugoplanowy kumpel naszego głównego bohatera - oczywiście młody chłopak w okresie dorastania, burzy i naporu. Tak, jego lwie serce się buntuje i gość rwie się do walki ze smokami. Zgadliście? Ja też. Zanim chłopak się odezwał.

Przy okazji oglądamy wyprawę organizowaną przez mieszkańców fortu (godną dramaturgii ataku komandosów na okupowaną przez terrorystów ambasadę) po rachityczne pomidorki, które podobno są jedyną bazą żywieniową grupki. Pomidorki, czy też inna włoszczyzna, znajdują się nie wiedzieć czemu opodal - zupełnie jakby nie można było fortu bliżej postawić (skoro go sami budowaliśmy), albo uprawy przenieść. Że może nie da się w forcianych warunkach pomidorków hodować? Ha, ha - w tym momencie rodzimi producenci maku i konopi indyjskich uśmiechają się drwiąco i z wyższością. W trakcie wyprawy oczywiście pojawia się smok, zresztą całkiem zgrabnie zrobiony i animowany. Smoki w filmie zieją ogniem, dzięki czemu obserwujemy jak gad przelatuje nad tomatową wyprawą, pozostawiając pas wypalonych kmiotków. Potem jednak okazuje się, że smoki nie są bynajmniej mięsożerne, bowiem nasz drapieżca zajmuje się konsumpcją ... popiołu. Sens i logika kryją się po kątach filmu usiłując udawać, że ich tam w ogóle nie ma. Przy okazji budzi się we mnie naukowa ciekawość, ile kalorii ma 100 gram popiołu.

Pomidorki przy okazji przepadają i nasi zrozpaczeni tubylcy stają w obliczu klęski głodowej. Jakby tego było mało spada na nich dopust boży w postaci mobilnej jednostki uderzeniowej w rodzaju grupy partyzanckiej z ciężkim sprzętem (w tym jeden czołg, jeden helikopter i jedna Izabella Scorupco). Szefem oddziału jest gość o nazwisku przypominającym odgłosy uderzenia młotkiem w pustą beczkę, czyli niejaki Van Zan. Denton Van Zan. Widać poród był ciężki i matka bardzo dziecka nie lubiła. Od razu widać, że facio jest prędki w słowach i czynach, a tatuażami, mordą i dwuręcznym toporem (logika nie wyściubia nosa ...) stylizuje na krasnoludzkiego troll-slayera. A jak wiadomo, krasnoludzcy troll-slayerzy żyją krótko, a najdalej do końca filmu. Zgadliście, że gość zginie? Ja zgadłem. Jak tylko go ujrzałem.

Van Zan z miejsca przystępuje do eksterminacji smoka, który spopielił kmiotków i pomidorki. Jego zespół opracował dość nowatorskie metody polowań na smoki, które składają się (metody, nie smoki) z triangulacji i zarzucania sieci. Nie, nie, kochany dzienniczku, wcale nie bredzę. Przyjrzyjmy się owym metodom. Po pierwsze więc trzeba smoka namierzyć. W tym celu konni szturmowcy rozstawiają trzy dziwne urządzenia, zapewne nadajniki, w trzech różnych punktach okolicy. Po kiego grzyba trzeba te urządzenia powbijać w ziemię niczym śledzie od namiotu, w dodatku w trójkącie, to ja już zupełnie nie rozumiem. No bo jeśli do zadziałania tego całego sprzętu jest wymagane żeby smok (którego chcemy namierzyć) znalazł się w tym trójkącie, to można go przeca własnymi oczami namierzyć, a nie bawić się w jakieś gadżeciarstwo. W dodatku w środku słonecznego dnia, gdy wszystko widać jak na dłoni ...

Równie pionierska jest walka ze smokiem. Oto bowiem nasza dzielna Iza Scorupcowa wznosi się z drużyną ochotników w swoim wiernym helikopterze w powietrze, na odpowiednio dużej wysokości sprytnie wyrzuca w powietrze swoich kumpli - jeden pełni rolę swobodnie spadającej przynęty, a dwóch z tyłu czai się ze siecią. Taką jak rybacka, tylko mocniejszą. A wszystko to bez spadochronu (spadochron sobie czeka na plecach na lepsze czasy).

No jeśli takimi metodami walczyła ludzkość ze smokami, to ja zupełnie przestaję się dziwić, że wszystkie armie świata, od kambodżańskich partyzantów do naszpikowanych rakietami i działkami gattlinga Amerykanów nie dała sobie rady z inwazją. A, prawda, wróg się mnożył jak króliki ...

Smok, kierowany nieomylnym instynktem wybiera właśnie tego kolesia co trzeba, ale oczywiście zanim się do niego zbliży dzielni wojacy zarzucają na niego znienacka siatkę (że znienacka to pewne - wiecie jakie zdziwko musiał taki smok przeżyć?!), bezpiecznie odpalają spadochrony i lądują na ziemi ku uciesze gawiedzi. Oczywiście, jak coś pójdzie źle, lądują w mniejszej liczbie (lub jak kto woli lądują bardziej płasko i na większym terenie). Tako się dzieje i tym razem w związku z czym nasz bohater drugoplanowy (ten młodziak co się rwał do walki ze smokami) odkrywa swoje nowe powołanie - uznaje mianowicie nie ma to jak rzucić się głową w dół z siecią na ramieniu, z ostatniego (zapewne) helikoptera na planecie.

Cichutkie popiskiwanie dobiega z miejsca w którym nadal kryje się sens i logika, a film toczy się dalej.

Mimo ogólnej radości z ubicia smoka ("tańczące Ewoki z Powrotu Jedi proszę na plan ... smoki pospuszczać głowy, czy smoki mnie słyszą?"), główny bohater przeżywa rozterki matematyczne, bowiem wyszło mu że smoków jest za dużo, chętnych do wariackiej przejażdżki helikopterem - za mało, w związku z czym walka w ten sposób przypomina walkę z wiatrakami. Właściwie z królikami, bo smoki przecież mnożą się jak te ostatnie, a wiatraki jakoś tak wolniej.

Przy okazji odkrywamy wielką tajemnicę smoków, albowiem badania nad nimi wykonane przez mobilny oddział uderzeniowy i Izabelę Scorupco ujawniają dwa istotne fakty: po pierwsze smoki cierpią na dziwną wadę wzroku, polegającą na tym, że w nocy widzą jak króliki ... przepraszam, jak sowy; w dzień - jak jastrzębie, ale o zmroku przechodzą jakąś dziwną odmianę i wzrok osiąga wartość zero (gdzieś po głowie mi się twierdzenie Lagrange’a o wartości zerowej na przedziale, ale to chyba nie to ...). Ledwie przyszedłem do siebie po przyswojeniu tej oszołamiającej koncepcji, a już zaserwowano mi następną. Oto wszystkie smoki są samicami, a wszystko na to wskazuje, że jest tylko jeden, jedyny gadzi klient z .. no, wiecie z czym. W dodatku jest to ten smok, którego obudził nasz Główny Bohater, więc koło się zamknęło, kiedy cię opuszczałem byłem tylko uczniem, Obi-Wan i tak dalej. Na razie jednak Główny Bohater wykazuje instynkt samozachowawczy i nie wyraża chęci ładowania się w samo gniazdo smoków, licząc na to, że uda mu się wytrwać w forcie z resztką kmiotków i rachitycznymi pomidorkami, których chyba jednak trochę udało się zachować.

Oczywiście długo nie trwa, zanim Van Zan leci na rympał do Londynu żeby utłuc Jedynego Samca - sprawcę tego zamieszania (wiadomo, samiec - twój wróg). Samiec ów bowiem z miejsca pojawienia się na tym łez padole prawie się nie rusza (a po co ma się ruszać, same kobitki, konkurencji prawie żadnej...). Oczywiście mission failed, smok przelatuje pozostawiając za sobą pas wypalonych partyzantów, a w ramach zemsty przetrzebia jeszcze pomidorki i kmiotków.

Żeby nie przedłużać, z całych tych zgliszcz i popiołów wydostaje się Główny Bohater, Van Zan, Scorupcowa i garstka farciarzy, jako baza genetyczna, żeby ludzkość miała się potem z czego odbudowywać. Oczywiście Główny jest wkurzony, smoka trzeba zabić, a to, czego nie dokonała cała armia świata i mobilny oddział uderzeniowy (obecnie chwilowo zredukowany do dwóch osób) musi wykonać on sam. W tym celu trzej amigos udają się do miasta, w którym widać głodujące smoki (bardzo ciekawe przystosowanie biologiczne, podobno masowe wymieranie zdarza się także i u lemingów), pożerające z rozpaczy siebie nawzajem.

Van Zan idzie na pierwszy ogień, bo oczywiście pcha się do przodu jak na krasnoludzkiego zabójcę trolli przystało, bez broni ciężkiej, za to z dwuręcznym toporem (który, jak widać budzi u niego większe zaufanie niż bazooka i w ogóle ranged weapons). Kończy również przepisowo jak trollslayer.

Na szczęście jest jeszcze Główny bohater, rycerz świata zachodniego i ostatnia nadzieja białych, który rozpirza wredną, brzydką gadzinę (dla ustalenia uwagi zaznaczam, że nie chodzi mi o Izabellę Scorupco) w gwiezdny pył. I żyli długo i szczęśliwie, ale na szczęście tego już film nie pokazuje, bo się kończy.

Jednym słowem: rozpacz i masakra, sensu w tym za grosz, a logika działań bohaterów jest zwierzęciem mitycznym jak Yeti, o którym wszyscy wiedzą, ale którego nikt nie widział.

W sumie film ma tylko kilka elementów pozytywnych, które można zliczyć na palcach jednej ręki drwala-pechowca. Do elementów pozytywnych zaliczamy: ładne animacje smoków oraz jedną, jedyną scenę filmu kiedy to w podziemnych kazamatach, przed oczami rozemocjonowanych dzieci, Główny Bohater w towarzystwie Bohatera Pobocznego odgrywają coś na kształt teatrzyku. Wystarczy, jeśli powiem, że Bohater Główny ma czarny płaszcz, pomalowaną na czerwono gazrurkę w łapie i ciężko dysząc rzuca do Bohatera Pobocznego: "I am your father, Luke".

I to by było na tyle, jeśli chodzi o film, który mógłby spokojnie konkurować z przesławnej pamięci Wiedźminem który wyszedł (wypełzł) spod ręki Szczerbica.

Za udział, zupełnie bezpodstawnie, wzięli:

Christian Bale - Quinn Abercromby (uch ...). Bohater Główny.
Matthew Mc Conaughey - Denton Van Zan (uch!). Trollslayer na czołgu.
Izabella Scorupco - Alex Jensen (wyjątkowo proste nazwisko). Pilot helikoptera.

Reżyseria: Rob Bowman

O C E N A: 3/10

nad filmem pastwił się:
Rhah Wynn