Nowa wersja Duny - recenzja

Obejrzałem właśnie Dunę w nowej wersji i musze z rozczarowaniem przyznać, że nie mogę popisać się zjadliwa złośliwością i obsobaczyć tego filmu jak nieszczęsnego Wiedźmina. Zdecydowanie łatwiej pisze się bowiem o filmie źle niż neutralnie, bądź dobrze (czemu nie kopać leżących, skoro to daje taką frajdę ... ?) .

Najsamprzód jednak pewien background:
Pierwszą Diuna obejrzałem jeszcze dzieckiem w kolebce (miałem właśnie wolną chwilę, bo już urwałem wraży łeb hydrze i podusiłem wszystkie centaury). Nic nie odbierze wrażeń z filmu Lyncha na zjechanej do żałosnego końca kasecie VHS ... eh, łza sie w oku kręci ... Film wydał mi się na tyle dobry, że rok później sięgnąłem po książkę i z rozpędu przeczytałem chyba ze trzy tomy (dalej nie zmogłem, sorry Winnetou). Jak widać z powyższego, trudno mnie uznać za miłośnika prozy Herberta, ale podobno przymusu nie ma i de gustibus nil disputandum est (co można przełożyć na nie to ładne co ładne, ładne to, co się komu podoba). Niemniej jednak czuję się przynajmniej trochę uprawniony do recenzji, bo jednak książkę czytałem ...

A więc do rzeczy ...
Wydaje się, że najnowsza wersja Diuny że odwołuje się w wielu miejscach do wizji Lyncha. Barokowe wystroje i scenografia są IMHO nowoczesnym (czyt. komputerowym) przełożeniem starej wersji (z książki opisów wystroju nie pamiętam, ale możliwe, że mi umknęło w ogólnofilozoficznym słowotoku). Jeśli chodzi o scenografię w całości, zwłaszcza w odniesieniu do scen w kosmosie i w plenerze, film ogląda się trochę jak grę komputerową, przy czym wcale nie jest to zarzut. Przeciwnie - zawsze lepiej porządnie coś zrenderować, niż zrobić kikimorę z gumoleum .... (wszelkie skojarzenia, a zwłaszcza porównania z innymi filmami są absolutnie przypadkowe...). Trochę tylko czasem coś zgrzytnie, ale naprawdę rzadko (mam zastrzeżenia do renderingu cienia przy poruszającym się czerwiu - nie jest uwzględniony ruch piasku i trochę to nienaturalnie wypada). 

W sumie jeśli chodzi o stronę realizacyjną, to generalnie film jest naprawdę nieźle zrobiony, może po za jednym sporym bugiem - otóż nie wszyscy Fremeni mają niebieskie oczęta ... tylko Ci z pierwszych szeregów. W dodatku Ci którzy przed chwilą mieli patrzały niebieskie jak mundur milicjanta, jak dają krok w tył to im się odmienia. I niech mi nie mówią, że to zależy od kąta padania, bo ci z tyłu jak się nie ustawią, to im nie pomaga. No i w jednej scenie (pod sam koniec filmu) Paul ma przez chwilę jedno oczko takie, a drugie nie takie. Oczko mu się niebieskie zrobiło, temu misiu ... to jest temu Paulu.

Zastrzeżenie drugie: ja rozumiem, zęby czerwia, kult siły u Fremenów, niech nawet będzie Freudowskie skojarzenia krysnoża z wiadomo czym, ale na litość boską, czemu w epoce statków kosmicznych wszyscy uparli się ciachać nożami ??? I żeby to tylko Fremeni - reszta też uwielbia walkę w zbliżeniu, po cholerę rozdają im te obrzyny, jak walą nimi praktycznie z przyłożenia ? Nawet sardaukarzy - niby tacy dobrzy wojownicy - najpierw pędzą z rykiem na bandę obdartusów a potem sporadycznie strzelają - techniką preferowaną jest walenie kolbą bo mordzie ! Widać celni są tak, jak nie przymierzając szturmowcy Imperium .... (jak wiadomo z GW, nikt nie strzela tak celnie jak szturmowcy Imperium, którzy przez trzy epizody specjalnie pudłowali, żeby broń boże nikogo z głównych bohaterów nie trafić). Saradukarzy zresztą w ogóle budzili u mnie dziwne skojarzenia z krasnoludkami z Kingsajzu (może przez te fikuśne czapki ...) i tylko czekałem aż rzucą się do ataku z hasłem "za Szuflandię !".

Jeśli chodzi o akcję, to IMHO pojawiają się dłużyzny, ale w ilości do strawienia. Trudno inaczej sfilmować dziełko Herberta. Ma się jednak wrażenie że zamiast trzech częsci, można by spokojnie zmontować (czyt. przyciąć) całość do dwóch. Ok, koniec uwag krytycznych. Ogląda się to dość przyjemnie, można też trochę pofilozofować (w chwilach gdy na ekranie się akurat mało dzieje) i poodnosić wątki widziane na ekranie do rzeczywistości za oknami, zwłaszcza po 11 września. Miejscami miałem wrażenie że przypomina mi się aż za mocno (rozumiem, że potraktowano mnie jako tępego hamburgerożercę o inteligencji kurczaka z KFC), że Fremeni są powiązani z beduinami (Arabami w ogóle ?). Ji-had, Mahdi, fedjakini ... No i Padyszach z armią jako Uncle Sam. Swoją drogą przyprawa jako ropa naftowa ... ? Nie nie , chyba za bardzo wkraczam w tzw. pucublistykę ... Diunę można polecić na pewno lubiącym kino trochę (naprawdę niedużo) filozofujące, trochę komercyjne. W sumie: nie jest źle, choć na kolana mnie nie rzuciło. 

Przy okazji: chciałbym się tu zdeklarować się jako miłośnik kina komercyjnego. Dobrego kina komercyjnego. Twórczość taka oznacza dla mnie tyle, że reżyser (scenograf, scenarzysta i spółka) zmusili się do pracy na tyle, że film mnie do niczego nie zmusza (zwłaszcza do zastanowienia nad czyimś losem, przemijaniem, odwieczną zagadką itp.).

Idę do kina w określonym celu - rozrywkowym i uważam, że wciskanie mi na siłę tezy, że kino europejskie (o polskim nie mówiąc) jest moralnym zwycięzcą w pojedynku z Hollywoodem jest twierdzeniem o tyle bezzasadnym, że kino europejskie w przeważającej większości po prostu unika pojedynku z kinem amerykańskim w dziedzinie rozmachu, zaangażowanych środków czy wreszcie technicznej perfekcji. Wszelkie odwlekanie mnie od tego zdania uważam za wciskanie teorii, że schabowy z kapustą jest lepszy moralnie od zgrillowanej cielęciny, ponieważ jest nasz, a cielęcina jest hodowana na fermie.
I tym kulinarnym akcentem zakończę na dziś ;-) 

Wojciech St. Moscibrodzki, 7 grudnia 2001
Wszystkie prawa zastrzeżone. Publikowanie całości lub fragmentów niniejszego artykułu jest zabronione bez zgody właściciela.