Casino Royale czyli gdzie jest moja Kokosowa Niespodzianka?

(USA, 2006)
Akcja, czas 144 min.
Reżyseria: Martin Campbell

James Bond nie żyje. Został zabity, z rozmysłem i prawdopodobnie z najwyższą perfidią przez klienta, który koniecznie chciał wyreżyserować nowy, lepszy film o agencie 007. Morderstwo dokonane zostało przy współudziale niekiego Daniela Craiga, który zapłacił komuś ciężkie pieniądze za to, żeby pokazać całemy światu, jak zniszczyć legendę.

Uwaga na początek: można filmy bondowskie lubić, można nie - przymusu nie ma. Ale jeśli się je lubi, to za ich specyficzny klimat, za powtarzalność, za to że wszystko-i-tak-wiadomo, ale i tak jest fajnie. Kłania się Kokosowa Niespodzianka Rincewinda (dla niewtajemniczonych: rozbijasz łupinę i - niespodzianka - w środku jest kokos).

Zaczynamy oglądać. Zamiast efektownego pościgu, z którego nasz agent wychodzi bez cienia kropli potu, z uśmiechem i piękną dziewczyną w pościeli zmiętej, mamy jakieś dziwny zlepek scen w czerni i bieli (że niby retrospekcja?). Kuśwa, co to do cholery jest?! Bond (skąd oni wzięli tego klienta?!) w rozpiętej koszuli? Bez krawata? Wyglądający jak tani oprych z meliny?! W dodatku zamiast finezyjnie wykazać swą wyższość i na koniec rzucić bondowskim tekścikiem (z obowiązkowym lekko zblazowanym uśmiechem) - nasz nowy Bond topi jakiegoś klienta w nędznym kibelku czy innej dworcowej umywalce. Panie rezyseze, ja tu przyszedłem Jamesa Bonda oglądać, a nie jakąś wariację rodriguezotarantinową na temat porucznika Borewicza! Tarantino kocham, Rodrigueza lubię, na Borewiczu się wychowywałem - ale gdzie tu do cholery Kokosowa Niespodzianka!? Miało być z klasą, elegancko i z uśmiechem, a jest jakoś tak prymitywnie. I nie ma dziewczyny na koniec. A gdzie jest omdlewające "oh, James ..."?!? Gdzie moja Kokosowa niespodzianka?!

No dobra, może dalej będzie lepiej...

...a figę! Dostajemy za to jakiegoś psychola o którym wiadomo, już z mordy że jest be. Tyle tylko, że jest to be mało wysublimowane, wręcz prostackie. Oprych ma chamsko-krzyżackie ryło, jedno oczko bielmem i bliznę. A gdzie jest charyzma?! A gdzie dyskretny urok łotra? Panie Campbell - widział Pan Christophera Walkena jako głównego przeciwnika? TO jest antybondowski schwarzcharakter, a nie takie pięćdziesięciogroszowe quiproquo.

I oczywiście zaraz nasz nowy, lepszy Bond (dla odmiany w zajebiaszczej kwiatowej koszuli) robi zupełnie niebondowski rozpiździaj. Panie Cambell (mówię to tonem panie Lebiedź), jeśli się robi film o Bondzie, to się robi film gdzie jest mnóstwo wrażego mięsa armatniego, ale wszystko to mesje Bond rozwala bez ofiar w cywilach z uśmiechem politowania na eleganckiej twarzy i najlepiej strzepując niewidoczny pyłek z klapy marynarki na końcu. I co ma być na koniec? Oneliner ma być na koniec. A pan, panie Campbell, do spółki z Craigiem coście wypichcili? Krew, pot i łzy, zero bondowskich komentarzy i strzał w łeb hostedżowi na koniec.

Potem jest jeszcze gorzej. Darujmy już sobie kobiecą M (bo to już niestety było). Darujmy brak Moneypenny. Ale znowu nie ma Q. Nie ma gadżetów. To tak, jakby dostawić do Ferrari szprychate koła. Bond bez gadżetów? Przecież scenka wyposażania agenta w najnowsze drobiazgi is a must! Panie Campbell, jak pan tego nie rozumie, to niech pan kręci psychologiczno-obyczajowe wydumania z Zanussim, a nie bierze się za coś, czego pan nie rozumie. Kokosa niet.

Fajna dziewczyna pojawia się dopiero w połowie filmu. Co myślimy, ze zaraz będzie romans po agencku? Ha, ha. Cambell musi zrobić coś nowego, bo przecież on zrobi nowego Bonda. To tak, jakby szympans zaprzeczył nagle milionom lat ewolucji i postanowił zrobić z siebie nowego, latającego szympansa. Tyle że szympans w najgorszym wypadku zobaczy orła cień i da mordą w podściółkę, skracając sobie cierpienia - a nam (bondolubom) cierpienia się wydłuża. Po spotkaniu z kobietą bynajmniej nie ma "oh, James...". Jest rozgrywka pokerowa z Jednookim Frajerem. Mnie się umiarkowanie podobała, zwłaszcza że na pokerze się znam umiarkowanie. Bond chyba zna się jeszcze mniej, bo daje się wyprowadzić w pole jak dziecko. Jednookiego tabuny agentów obserwowały latami, a on jako jedyny zauważa, że klient blefując drapie się po oku? I jest gotów postawić grube miliony na to (w dodatku nie swoje?). Ludzie, filmy z Bondem są nieprawdopodobne, ale nie dlatego, że Bond jest imbecylem.

Na koniec okazuje się, że wielki zły wcale nie jest taki wielki, bo łomot spuszcza mu dwóch kolesi z Harlemu plus maczeta. To ja się pytam, gdzie tu jest Ultimate Challenge?! Bond ma walczyć z klientem, który się daje złomotać dwóm paździerzom?! Nie ta liga!

No, może jednak i ta liga. Coś w tym może być. Po trzydziestominutowej akcji pt. gramy w pokera, Bond dziecinnie wpada w łapy Wielkiego Złego. Który to nie tylko wygląda na chama i prymitywa, ale rzeczonym chamem i prymitywem jest. I okłada Jamesa bosmanką po jajach. Błeee ... niesmaczne (choć może wyjaśniać, czemu Bond nie ma dzieci). Panie Cambell - Bond jest od tego, żeby wysyłać go na księżyc, topić w fabryce, rzucać zmutowanym, przerośniętym rekinom - ale nie obijać po jajach!

Ale czego tu oczekiwać od reżysera - on już się sposobi, aby za chwilę zamordować następny symbol Bonda - czyli jego przywiązanie do Korony. Bo James właśnie rezyguje ze służby Jej Królewskiej Mości - bo akurat się zakochuje w dziewczynie. Błeeee .... Panowie, Bond jest od tego żeby uratować, zdobyć, przytulić i odpłynąć w pontonie w kierunku zachodzącego słońca i nowego odcinka. Bond to spełnienie autofantazji każdego faceta. Bond nie nadaje się do tego żeby pichcić obiad w kapciach z pomponem i fartuszku Kiss the Cook. Bond zbobywa, ale nie ciepłym obiadem.

Dziewczyna ginie (właściwie nie wiadomo dlaczego - pewnie nie chce takich ciepłych klusków za faceta), Bond wraca na służbę, Bond się mści. Mści się, jak to nowy proletariacki Bond - prymitywnie i chamsko, strzelając z przyłożenia we wraży łeb płaszczącemu się nieznanemu bliżej indywiduum. Strzela przedstawiając się na koniec. Ale nie wygląda to przekonująco. Bo to nie może być James Bond in Her Majesty's Service.

Dla mnie James Bond - prawdziwy James Bond (Connery, Moore, Dalton a nawet Brosnan) - zaginął i odrodzi się dopiero jak panom Campbellowi i Craigowi podziękujemy. Co oby nastąpiło szybko.

Podsumowując: jak ktoś lubi Bondy, to na Casino nie iść, a na półce w wypożyczalni łukiem szerokim omijać. Amen.

O c e n a: 2/10
(głównie za niezrozumienie tematu i brak klimatu)

Ps. Właśnie skończyłem pisać, jak w TV ukazała się reklama. CASINO ROYALE - NAJLEPSZY BOND WSZECHCZASÓW TERAZ NA DVD. Ożesz ty!