Attack of the Clones.
Recenzja recenzji, czyli różnica między człowiekiem a krytykiem filmowym.

Rozbestwiłem się ostatnio, bo tez Kaila łaskawym okiem spojrzała na moje teksty i wydaje się, że w ogóle otwiera swoje łamy (kaila.pl/htm/texts.htm) dla moich złośliwości. Obiecywałem jej wprawdzie recenzję filmu, ale jakoś się nie zebrałem (wszystko przez ten upał ...), za to będąc w pracy zajrzałem na stronę onetu, żeby sprawdzić co nowego, kliknąłem z nudów w jakąś recenzję .... i ... mało się nie zadławiłem ze złości. 

Ja wiem - krytyk filmowy to Inny Byt. On wywraca najlepszy film od podszewki i próbuje zrozumieć, co reżyser chciał powiedzieć przez to, że siostra męża kuzynki babki ze strony dziadka naszego bohatera była mańkutem. Zwykle też pomija to, że na filmie można się doskonale bawić. Najgorzej jest, jeśli film nie jest zgodny z Panakrytykową wizją tego, Jak-Film-Powinien-Wyglądać. Ja to wszystko rozumiem. Ale jeżeli się krytyk wypowiada o filmie, nie wiedząc, o co w nim chodzi i pewnie bierze za to pieniądze, to to już jest świństwo. Krytyk powinien mieć choćby blady cień wyobrażenia o swoim rzemiośle! Wypisz-wymaluj anegdota o absolwentcie Politechniki Gdańskiej: "Jak ja sobie pomyślę, jaki ze mnie inżynier, to boję się pójść do lekarza ...".

No dobra, do rzeczy. Znalazłem, jak już pisałem, na Onecie recenzję Ataku Klonów pióra niejakiego pana Jana Olszewskiego. Pozwolę sobie ją tu przytoczyć z własnymi komentarzami, bo krew mnie zalewała co 5 linijek. Gość podobno pisuje do miesięcznika KINO (więc przynajmniej powinien się trochę orientować).

Disclaimer: atak klonów generalnie mi się podobał. Nie jest to co prawda 100% klimat Star Wars, które się oglądało dzieciem w kolebce (w przerwach pomiędzy dekapitowaniem hydr), ale jest nieźle. Oceniam na 4/5. Z opinii dzieci znajomych wiem też, że film trafia do nich i jest OK (zwłaszcza dzięki miłościwej eutanazji przeprowadzonej na wątku Jar-Jar Binksa z potwornego Mrocznego Widma).

Dominujące wrażenie chaosu. Czy jest skutkiem błędu w sztuce narracyjnej, czy też efektem zamierzonym? Ta druga ewentualność wydaje się początkowo mało prawdopodobna. [czyli już wiemy co myśli J.O., a właściwie - jakie są jego wrażenia]

Spróbujmy jednak uporządkować fakty. Film science-fiction opowiada o konfliktach, o walkach toczonych w przyszłości i w kosmosie. Są to widowiskowe akcje zbrojne, tak bywało w kolejnych odcinkach "Gwiezdnych wojen", tak jest i tutaj. Ale to za mało, byśmy się filmem rzeczywiście przejęli. [czyt. to za mało, żeby się tym przejął J.O. Efektownie zrobiona kosmiczna strzelanina to kawałek dobrej roboty i *można* się nią przejąć. Gorzej, gdy reżyser przefilozofuje film, który w założeniu ma być rozrywką].

O przyszłości wiemy niewiele, toteż zmagania futurystyczno-kosmiczne niezbyt nas poruszają. Sytuacja zmienia się dopiero wtedy, gdy wszystko nabiera sensu uniwersalnego. Gdy staje się czymś, co dotyczy nas dzisiaj. [Rany boskie! Jak chcesz, gościu, narzekać, że na filmie s-f jest za mało aktualności, to zamiast robić tłok w kinie oglądaj Teleekspres.] Tak bywało we wcześniejszych odcinkach cyklu. Jak jest teraz?

Punkt wyjścia: potomkini rodu królewskiego przybywa do stolicy międzygwiezdnej republiki. We wszechświecie panuje ustrój republikański, monarchia jest już reliktem. Niezbyt cenionym, bo przeciw królom urządza się zamachy bombowe, jak kiedyś na Bałkanach. Błąd. Zamach na Bałkanach bynajmniej nie był wyrazem braku akceptacji dla instytucji monarchii, tylko wręcz przeciwnie - serbscy oficerowie wywiadu, którzy za nim stali niepokoili się, że Ferdynand po objęciu władzy będzie rządził na tyle dobrze, że nie dopuści do zjednoczenia południowych Słowian przez Serbię. Ale co to Jaśnie Oświeconego Krytyka obchodzi.

Mimo to księżniczka Padme i republikańscy politycy przyjemnie sobie rozmawiają. [J.O. wolałby, żeby na dzień dobry rzucili się sobie do gardeł?] Do czasu, bo niebawem znajdą się po przeciwnych stronach barykady. Przyczyny są szalenie skomplikowane, ale w uproszczeniu wygląda to tak: księżniczka jest zdania, że imponderabilia idą przed interesem, politycy republikańscy są pragmatykami, toteż uważają, że jest wręcz przeciwnie.

Żeby konflikt ideologii stał się w pełni czytelny - trzeba jeszcze, by otrzymały one wyrazistą oprawę wizualną. Klucz narzuca się sam. Królewskość - to oczywiście konserwatyzm, tradycjonalizm, jakiś cień staroświecczyzny. Pragmatyzm szuka tego, co najnowocześniejsze. Toteż księżniczka przybywa do gmachu typu "stal plus szkło plus kubatura dla kilkunastu tysięcy deputowanych"; gdzieś tu dyskretna sugestia, że tak liczne ciało ustawodawcze jest dysfunkcjonalne [trzeba być poronionym krytykiem, żeby wysnuć taki wniosek z architektury pałacu - patrz uwaga o krewnym-mańkucie powyżej].

Aliści - powtórzmy - księżniczka przybywa w stroju koronacyjnym, niby 26-letnia królowa Elżbieta w roku 1952. I przybywa statkiem powietrznym [to nie ja pisałem tylko J.O!], który wygląda trochę jak samolot pasażerski z połowy ubiegłego wieku: skrzydła i kadłub skrzyżowane pod kątem prostym [aaaa, cóż za lapsus. Przecież wiadomo, że powinien być układ delta!], cztery jednostki napędowe warczą tak, jak gdyby były to silniki tłokowe (to jest podtrzymanie błędnej, ale uroczej konwencji z epizodów 4-6, w której w kosmosie słychać wycie silników. Zamierzone przez reżysera, niezrozumiane przez krytyka).

Prawdę mówiąc, sytuacja przypomina spotkanie młodej Elżbiety II z przedstawicielami Brytyjskiej Wspólnoty Narodów w połowie XX wieku. Władza królowej była już wtedy raczej nominalna, mimo to nikt nie kwestionował jej autorytetu moralnego. Odtąd osoba księżniczki będzie stale kojarzona z tym, co najbardziej ludzkie, normalne, co niesie radość oczom (nic nie rozumiem, przecież akapit wyżej stwierdził, że królewskość to konserwatyzm i staroświecczyzna ... ).

Szlachectwo zobowiązuje! Niestety nie do końca, niestety nie wszystkich. W ostatnich sekwencjach poznajemy niejakiego Dooku. Jest to arystokrata o aparycji hiszpańskiego granda, mieszka w zamku prawie średniowiecznym; i okazuje się potworem gorszym niż dinozaury, które hoduje w swym zwierzyńcu
(nie hoduje dinozaurów, na litość boską. Gościu - myśl! Uwaga: HINT: dinozaury to nie ten film.).

Trochę podobnie z rycerzami jedi. Dotychczas byli reprezentantami prawa i porządku. Ale także mądrości, dyscypliny, kodeksu honorowego. Wreszcie siły moralnej - tak wielkiej, że prowadzącej do zdolności parapsychologicznych. Ich działalność prawie cudotwórcza (sic !) sugerowała nadludzkie (niebiańskie?) pochodzenie, ich aparycja zdawała się to potwierdzać (niby kto był taki niebiański z aparycji dotychczas? Yoda ?). Pochodzenie Jedi nie było niebiańskie w ep. IV-VI, wszystko wskazywało na trening siły woli ("Moc jest w każdym z nas, przepływa przez nas" itd.), dopiero w Mrocznym Widmie nam to zmienili, ale też nie na żadne niebieskie pochodzenie, tylko na midichloriany we krwi.

W pierwszych filmach cyklu wydawało się rzeczą oczywistą, że rycerz Jedi przynosi na świat swe niezwykłe talenty już w momencie narodzenia (tylko Skywalker, bo Moc była silna w ich rodzinie ;-)). Luke Skywalker (Mark Hamill [dzięki za przypomnienie, nie pamiętaliśmy ....]) był rycerzem jedi od dziecka, mimo że o tym nie wiedział (guzik prawda, najwyżej miał talenty. RYCERZEM Jedi stał się dopiero po pojedynku woli z Palpatinem. Było oglądać filmy, a nie czytać streszczenia)

Późniejsze ćwiczenia jedynie wydobywały to, co tkwiło w nim zawsze. Był wybrańcem gwiazd (Mocy, chłopie, Mocy! Od gwiazd to był Thorgal, w dodatku też nie był ich wybrańcem (od tego jest Matrix), tylko dzieckiem), powołanym i naznaczonym przez Kogoś, kto się nie ujawniał (co za ciemnota ! Tu nie są potrzebne teorie spiskowe, tylko wiara w Moc !).

Można byłoby powiedzieć, że rycerze jedi stanowili zakon o najwyższej ekskluzywności. Można byłoby, gdyby nie fakt, że stanowili garstkę (co za bzdura - akurat ten argument potwierdza tą tezę, chyba, że ekskluzywny oznacza że należą do niego tłumy). W pierwszych filmach cyklu poznawaliśmy dwóch albo trzech, nie więcej ( Kolejny bład. Luke, Vader, Yoda, Palpatine, Obi-Wan. Ciemny Jedi to też Jedi.).

Czy to wszystko było przywilejem wynikającym z rodowodu? Zapewne, ale było także brzemieniem, obowiązkiem. Los rycerza naznaczony był tragizmem. Jedi żył po to, by służyć, poświęcać się, ewentualnie zginąć, bez nadziei na doczesną nagrodę. Wszelako zasada "elita elit" powodowała, że rycerz jedi jako przeciwnik w boju był niesłychanie groźny. Dawał sobie radę w każdej sytuacji, mimo że walczył zazwyczaj sam, najczęściej białą bronią.

Koncepcja jedi była od pierwszej chwili podstawą porządku wszechświata w "Gwiezdnych wojnach". Wojny trwały, kosmos drżał w posadach, jedyną nadzieję stanowiła świadomość, że istnieje kilku takich, co się nie poddadzą. Nieprawda. W pierwszych epizodach Jedi już nie ma, a nawet ich pamięć nie zawsze jest otoczona szacunkiem. Obi Wan nie mówi: słuchajcie, jestem Jedi, potrzebuje pomocy lub jestem Jedi, trzeba coś zrobić tak a tak.

Ta idea miała jednak pewną wadę: była antyegalitarna, antydemokratyczna. Zważywszy zaś, że rycerze jedi byli ludźmi białymi - była także rasistowska. Tak, tak, zwłaszcza Yoda - typowy, kuśwa, nordyk. Co za kretyn z tego J.O.

W konfrontacji z ideologią poprawności politycznej okazywała się wielkim skandalem. Toteż zakwestionowano ją już w "Mrocznym widmie" kilka lat temu, teraz zaś ostatecznie pogrzebano. Rycerze jedi przestali być wybrańcami gwiazd, stali się fachowcami od specjalnych poruczeń (niby kto ich ruczał ??!?); absolwentami szkół dla komandosów (czy pan nie ogląda aby za dużo amerykańskich filmów o ninja ?), gdzie uczą się kunsztu zabijania (taaaak ... zwłaszcza Yoda był od nauczania zabijania ....).

Zaglądamy na chwilę do jednej z nich: żadnej segregacji rasowej. Są ludzie różnych kolorów skóry, są także kosmici, m.in. człekokształtny chlorofilowy głowonóg. Nie ma też kodeksu honorowego i dyscypliny, jest liberalizm i tolerancja (jak rozumiem liberalizm jest "be". Mamy własną kolumnę w "Naszym Dzienniku" ?).

Główny bohater filmu, młodociany Anakin, rzekomy rycerz jedi (jaki rzekomy rycerz ???), nieustannie narzeka, że jest niedoceniany i pomijany w awansie. Oczywiście nie należy potępiać żadnych reform, jeżeli przynoszą korzyści. Ale tutaj tak nie jest (?????!?!?!?). Rycerze-komandosi działający w gromadzie pozwalają wciągnąć się w pułapkę i ostatecznie zostają uratowani przez sklonowane pułki piechoty. Tryumfują nie wybrańcy gwiazd, lecz masowe produkty inżynierii genetycznej. Proszę państwa, Atak Klonów jest wyrazem sprzeciwu Stevena Spilberga wobec postawy amerykańskiego prezydenta, potępiającego badania genetyczne.

Film ma więc osobliwą konstrukcję. Pan krytyk również. Najpierw pokazuje wielkie zagrożenie dla świata; potem sugeruje, że w tym świecie jest jednak coś, co stanowić może szansę ratunku; wreszcie w finale ujawnia, że ta szansa jest pozorna. Skoro tak, to po co ją prezentowano? Żeby się dobrze bawić na filmie, cepie parowy !!!

Nasuwa się brzydkie podejrzenie: że autorzy wierzyli w swój wywód i swe panacea, ale w końcu od nich odstąpili pod naciskiem politycznie poprawnych cenzorów. Klony mogą być złe, ale elity i arystokracja są jeszcze gorsze! co za bzdura, skoro Padme jest postacią pozytywną, podobnie jak wszyscy elitarni Jedi. Zaraz się okaże, że Star Wars jest pochwałą ruchów egalitarnych z komunizmem i trockizmem na czele.

Zważywszy że ideologia "political correctness" ma w Ameryce ogromny zasięg oddziaływania - nie jest to przypuszczenie absurdalne. PC w Ameryce rzeczywiście jest piramidalnie
rozdmuchane (vide: Independence Day), ale to nie znaczy że można je wspominać w każdym filmie.


Ale niewykluczone, że jest inaczej. Czyli tak naprawdę JO nie wie co w końcu chce powiedzieć.

Może autorzy filmu od niczego nie odstąpili. Może do końca wierzą w to, co od początku pokazywali. A więc, że tzw. centralizm demokratyczny w skali ponadpaństwowej (a zwłaszcza, tak jak tutaj, ponadgalaktycznej) jest zachętą do korupcji. A ja, głupi, myślałem, że idę na film s-f...

I że jedyną szansą ratunku jest pryncypialność, wysokie wymagania stawiane elitom. Może ta szansa ratunku rozpływa się nie dlatego, że autorzy filmu się od niej zdystansowali, lecz dlatego, że jest w owej gwiezdnej rzeczywistości zwalczana. Choćby w ten sposób, że wychowanie rycerskie, dotychczas oparte na zasadach personalistycznych, odbywające się metodą "jeden mistrz, jeden uczeń", zostało przekształcone w zbiorową tresurę i oddane w pacht (?!?!??! Komercyjne szkółki Jedi ???) - jak się zdaje - rzeźnikom. Inaczej: może narastający chaos w tym filmie nie jest wynikiem chaosu reżyserskich myśli. Może jest chaosem świata, który tu został pokazany.

Wypada nam teraz zaczekać na dalszą kontynuację gwiezdnych opowieści. Może dopiero wtedy się okaże, która z tych dwóch interpretacji jest bliższa prawdy. Może wtedy J.O. dowie się kto zabił i o co w tym wszystkim chodziło ... A my się będziemy doskonale bawić wspominając lata młodości i pierwsze Gwiezdne Wojny ...
 

Niniejszym udowodniono, że istnieją rzeczy nieskończone. Głupota niektórych krytyków nie ma granic.


Wojciech St. Moscibrodzki, 18 lipca 2002

Wszystkie prawa zastrzeżone. Publikowanie całości lub fragmentów niniejszego artykułu jest zabronione bez zgody właściciela.